- No już, daj mi moment żeby się ogarnąć.
Mruknęłam w stronę psa. Ten jednak nie zamierzał mnie słuchać i z zaczepnym mruknięciem przysunął się bliżej mnie. Liznął mój policzek różowym, długim jęzorem, a jego łapa znalazła się oczywiście całkiem przypadkiem na mojej dłoni.
- Plat, zejdź! - zaśmiałam się pchając go lekko. Posłuchał, jednak przeszywał mnie wzrokiem obserwując mój każdy ruch, żeby upewnić się, że jego terror na mnie podziałał. 'To już pora, aby nakarmić też konie...wreszcie już szósta' - pomyślałam wpychając na stopy ciepłe kapcie. Pogoda była dzisiaj wyśmienita. Dobry żart, prawda? Wreszcie pogoda w podziemiach właściwie nie istnieje, jest tylko większa lub mniejsza wilgotność powietrza. Wzięłam szybki prysznic i ogarnęłam stan moich włosów. Dorwałam się do szafy w sypialni po zaledwie dwóch minutkach. Zaczęłam jak zwykle ubierać na siebie na początku ubrania do koni - bryczesy, oficerki, jakiś T-shirt... Wreszcie byłam gotowa, wystarczyło jeszcze załatwić sobie coś na śniadanie. Plat zaczął łazić za mną jak cień dopominając się o swoje śniadanie. Wzięłam więc puszkę z psią karmą i przesypałam niewielką ilość do miski doga. Wreszcie w pełni zadowolony pies dopiął swego i teraz przeżuwał szybko karmę chrupiąc i mlaskając niemiłosiernie, jak to on ma w zwyczajach. Zdecydowałam się wreszcie na zjedzenie tostów z serem. Z racji, iż byłam bardzo niewyspana, do picia zrobiłam pyszną kawę.
***
Po niedługim czasie wyszłam z Bazy do stajni. Już od drzwi wyjściowych powitało mnie radosne rżenie największego końskiego dupka, jakiego jesteście w stanie sobie wyobrazić. Taka właśnie jest moja młodziutka bestia - Kompozytor. Spojrzałam na konia spod byka i pogłaskałam lekko po chrapach. Niedługo potem z drugiego boksu wyjrzał drugi łeb o ciekawskim charakterze. Wind prychnął cichutko na przywitanie. Wzięłam ich żłoby z boksów i nasypałam odpowiednią ilość owsa z kosza, który był wypełniony tymże ziarnem. Dorzuciłam im też po trochę siana, a Wind dodatkowo dostawał kupny granulat. Owsa oszczędzałam jednak na Kompozytorze, chłop i tak ostatnimi czasy miał aż za dużo energii. Po kilku minutach wzięłam się za czyszczenie i siodłanie Wind'a. Młodego wałacha z boksu obok wypuściłam na nasz mały prywatny padok, gdzie mógł się spokojnie wyszaleć przed jego porą na pracę. Z gotowym ogierem wyszłam zaś w stronę ujeżdżalni, która stała nieopodal stajni i była oczywiście budynkiem. Ubrałam kask, rękawiczki, a w dłoń wzięłam długi bat. Na szczęście przeszkody po wczorajszych skokach były sprzątnięte i dzisiaj mogłam w spokoju oddać się dresażowi. Wsiadłam na kasztana i dałam mu leciutki sygnał łydką do stępa. Po rozgrzaniu kości zaczęliśmy nieco pracować na wodzy, troszkę wyginania na kołach, proste elementy w stępie. Po kilkunastu minutach ruszyłam w kłus, z początku oczywiście powolny, ale aktywny. Wind ciągle chciał wyrywać do przodu, ale nie pozwalałam mu przyspieszyć, na co zniechęcony odpowiadał mi jednak podporządkowaniem do mojej dzisiejszej koncepcji na jazdę. Ustępowania, ciągi, trawersy, renwersy i oczywiście łopatki. Takie tam tajemnicze, jeździeckie nazewnictwo określające dość skomplikowane kroki. Wind of Change jako koń o wysokiej ambicji i umiejętnościach, miał to opanowane niemalże do perfekcji. Gorzej z niektórymi elementami w galopie, no i jeszcze trudniejszymi elementami dresażu. W galopie poćwiczyliśmy piruety, ciągi i zatrzymania, bo właściwie tylko na to stać nas w galopie, jak na razie. Piruety ciągle wychodziły koślawo lub po zbyt dużym okręgu zadem, bo Wind ciągle wyrywał do przodu. Zmiany chodów na wyciągnięty to chyba jego ulubiony element, ale znowu nie mogę o tym tak powiedzieć ja jako jeździec. Bardzo trudno jest potem z powrotem pozbierać go, aby chociażby właśnie wykonać piruet albo się zatrzymać. Po kilku minutach galopu usłyszałam, że zmęczony ogier zaczyna szybciej oddychać. Dałam więc mu moment odpoczynku i pochwaliłam. Po chwili ruszyliśmy jeszcze na moment kłusem, aby zaraz zająć się pasażem. Wychodził jeszcze trochę niepewnie i trochę za nisko, ale piaff wyglądał znacznie lepiej. Zrobiłam jeszcze kilka elementów, żucie z ręki na rozluźnienie i rozstępowałam konia, aby nie wyszedł spocony na dwór. Jeszcze by się rozchorował...
***
8:00. To zdecydowanie już czas, aby zająć się pracą dowódcy. Rozsiodłałam więc Winda i wypuściłam na pastwisko, gdzie stał ucieszony tym też faktem Kompozytor. Udałam się pospiesznie do Bazy, gdzie przebrałam się szybko w robocze ubrania, spięłam włosy w koka i ogarnęłam trochę make-up. Wzięłam z magazynu na parterze najlepszy karabin i wybiegłam zamykając drzwi Bazy na klucz. Co prawda zajmowałam się pracą dowódcy na razie całkowicie sama, więc musiałam po prostu szkolić się na polu walki i ochrony. Wyszłam powoli z terenu Bazy do miasta. Dziś wyjątkowo dużo ludzi gromadziło się pod bramą prowadzącą na powierzchnię. Każdy chciał zażyć świeżego powietrza, więc moim zadaniem jak na razie było pilnować bezpieczeństwa każdej osobnej jednostki, czyli - wyrażając się nieco ładniej - każdego człowieka z osobna. Czułam się jak przedszkolanka prowadząca dużą grupkę dzieci przez pasy bardzo ruchliwej ulicy, do tego najlepiej nocą bez oświetlenia. To była duża odpowiedzialność, wreszcie tylko ja byłam uzbrojona i praktycznie uodporniona na ataki ze strony wrogów. Ludzie niestety w dzisiejszych czasach mało liczą się z życiem. Te czasy przypominają dawny romantyzm, kiedy to ludzie stawiali się w wielkie niebezpieczeństwo, aby godnie zginąć. I w sumie nie dziwię im się, w końcu życie ma nieco inny sens niż dawniej. Niektórzy nie widzą go wcale, ale on istnieje. Dla mnie jest to walka o życie nie tylko swoje, ale i każdej jednostki. Czyli po prostu jestem całkowicie oddana zawodowi. Chcąc nie chcąc, popchałam żelazne bramy prowadzące na powierzchnię i wyszłam przykurczona przodem, patrząc wokoło zza najlepszego karabinu. Moje oczy niczym lasery obserwowały chwilę teren, próbując wyłapać chociaż najmniejsze drganie, a uszy nasłuchiwały lekkich powiewów wiatru, tak niecodziennych dla tutejszych ludzi. Stwierdziłam, że teren czysty dopiero po przejściu kilka metrów w przód. Nic nie zarejestrowało moich kroków, inaczej zaatakowałoby mnie, to znaczy mniej więcej tyle, że chwilowo jest bezpiecznie. Wypuściłam ludzi na teren powierzchni. Musieli jednak zachowywać się dość cicho i ostrożnie, krzyki mogłyby zwabić roboty o niewyobrażalnie 'wrażliwym słuchu'. Nie myśląc wiele dopadłam najbliższą wieżę widokową, która znajdowała się jakieś 50 metrów od wyjścia z podziemi. Stamtąd mogłam celniej trafiać, aby nieco odeprzeć natarcie wrogów, no i oczywiście pole zasięgu mojego wzroku powiększyło się. Ludzie zachowywali ostrożność, jednak wśród nich były też dość małe dzieci. Niektóre z nich dziwiły się widząc uschniętą trawę i czując wiatr na policzkach. Odwróciłam się w stronę grupy ludzi, którzy jeszcze nie zdążyli się rozbiec i krzyknęłam tak, aby mnie słyszeli:
- Proszę o zachowanie szczególnej ostrożności. Chwilowy stan terenu: czysty, czas wyjścia: 30 minut. Odpowiedzialność za życie i uszczerbki na zdrowiu ponosi przez ten czas dowódca. Dziękuję.
Zachowywałam poważną minę do tego stopnia, że ludzie nic nie mówiąc odeszli znacznie ode mnie zajmując się poznawaniem świata, który zawsze powinien należeć do nas. Jednakże nie jest tak. Wystarczył geniusz jednego, podłego człowieka nie liczącego się z niczym. I to wszystko zostało nam tak po prostu odebrane. Założyłabym się, że żaden z przodków naszych pradziadów nie spodziewał się takiej sytuacji i takiej słabości ludzi. Oczywiście, że ataki na zdrajcę świata - pana o pseudonimie X, były realizowane. Jednakże ginęły całe armie ludzi, nikt nie jest w stanie go pokonać, żadna ilość ludności. Zbyt bardzo się rozwinął, poza tym ma u boku kogoś o wiele silniejszego od ludzi, kim manipuluje jak marionetkami. Ale roboty mają ludzkie serca. I wystarczy usunąć kontrolki z ich wcale nie tak pustych łbów, aby dostały własnej woli. W naszym mieście nie ma jeszcze przypadku tak zwanego 'robota-sojusznika ludzi', ale czuję, że niedługo się to zmieni. Spojrzałam na kartkę wiszącą w środku wieży widokowej. Była to moja dzienna rozpiska na wachty na powierzchni przy ludziach, których obserwowałam cały czas. Musiałam zapisywać ilość ludzi na powierzchni i ilość tych, którzy wrócili do podziemi w wyznaczonym czasie. Oraz oczywiście zaginionych i tych, którzy sprzeciwiali się powrotowi pod ziemię, na co prawo ma każdy człowiek pełnoletni. Z rozpiski wynikało, że wieczorem mam jeszcze wachtę konną. Uśmiechnęłam się na myśl, że mój diablik wreszcie się wyszaleje, lecz moja mina szybciutko zrzedła... Holy shit, kogo to moje oczy widzą...
- OGŁASZAM PILNY ALARM! NAKAZ POWROTU DO BAZY! POWTARZAM!NAKAZ POWROTU DO BAZY! - darłam się przez mikrofon celując w grupkę napastników cholernie głośnym, ale jednak skutecznym karabinem ze zgrabnością omijając ludzkie sylwetki i trafiając w roboty. Kilka z nich polegało za każdym razem, jednak nie na długo i było ich zbyt wiele aby odeprzeć atak na ludzi. Policzyłam roboty i stwierdziłam, że jest ich siedem. Zbiegłam więc na dół wzywając służby ratownicze i miejskich strażników, aby przeliczyli ludzi, kiedy sama osłabiałam ataki robotów. Teraz już wyszłam im naprzeciw. Przez bardzo malutką słuchawkę mieszczącą się w moim uchu oraz malutki mikroport zamontowany zaraz obok moich ust, wzywałam wojowników miejskich, nową amunicję, bomby i tym podobne sprzęty. Wreszcie około dwudziestu uzbrojonych wojowników wyszło mi na pomoc. Bombami osłabiali roboty, które szybko dopadałam wbijając w ich stalowe żyły środek usypiający. Był tak silny, że dawka mililitra starczała na trzy-cztery roboty, więc szybko poległy wszystkie. Wojownicy poinformowali mnie, że przetransportują większość do większych miast, w których znajdują się bardziej rozwinięte kliniki, zaś do naszej trafią tylko dwa. Dostałam też informację o stanie i liczbie osób, które miałam wcześniej pod opieką. Jeden lekko ranny, jeden zaginiony, reszta cała i zdrowa. Poszukiwania zaginionego będą jednym z moich wieczornych zadań, teraz jednak mogłam już udać się na spoczynek do Bazy. Ach, jak ja kocham ocierać się o śmierć. To takie zabawne.
- Proszę o zachowanie szczególnej ostrożności. Chwilowy stan terenu: czysty, czas wyjścia: 30 minut. Odpowiedzialność za życie i uszczerbki na zdrowiu ponosi przez ten czas dowódca. Dziękuję.
Zachowywałam poważną minę do tego stopnia, że ludzie nic nie mówiąc odeszli znacznie ode mnie zajmując się poznawaniem świata, który zawsze powinien należeć do nas. Jednakże nie jest tak. Wystarczył geniusz jednego, podłego człowieka nie liczącego się z niczym. I to wszystko zostało nam tak po prostu odebrane. Założyłabym się, że żaden z przodków naszych pradziadów nie spodziewał się takiej sytuacji i takiej słabości ludzi. Oczywiście, że ataki na zdrajcę świata - pana o pseudonimie X, były realizowane. Jednakże ginęły całe armie ludzi, nikt nie jest w stanie go pokonać, żadna ilość ludności. Zbyt bardzo się rozwinął, poza tym ma u boku kogoś o wiele silniejszego od ludzi, kim manipuluje jak marionetkami. Ale roboty mają ludzkie serca. I wystarczy usunąć kontrolki z ich wcale nie tak pustych łbów, aby dostały własnej woli. W naszym mieście nie ma jeszcze przypadku tak zwanego 'robota-sojusznika ludzi', ale czuję, że niedługo się to zmieni. Spojrzałam na kartkę wiszącą w środku wieży widokowej. Była to moja dzienna rozpiska na wachty na powierzchni przy ludziach, których obserwowałam cały czas. Musiałam zapisywać ilość ludzi na powierzchni i ilość tych, którzy wrócili do podziemi w wyznaczonym czasie. Oraz oczywiście zaginionych i tych, którzy sprzeciwiali się powrotowi pod ziemię, na co prawo ma każdy człowiek pełnoletni. Z rozpiski wynikało, że wieczorem mam jeszcze wachtę konną. Uśmiechnęłam się na myśl, że mój diablik wreszcie się wyszaleje, lecz moja mina szybciutko zrzedła... Holy shit, kogo to moje oczy widzą...
- OGŁASZAM PILNY ALARM! NAKAZ POWROTU DO BAZY! POWTARZAM!NAKAZ POWROTU DO BAZY! - darłam się przez mikrofon celując w grupkę napastników cholernie głośnym, ale jednak skutecznym karabinem ze zgrabnością omijając ludzkie sylwetki i trafiając w roboty. Kilka z nich polegało za każdym razem, jednak nie na długo i było ich zbyt wiele aby odeprzeć atak na ludzi. Policzyłam roboty i stwierdziłam, że jest ich siedem. Zbiegłam więc na dół wzywając służby ratownicze i miejskich strażników, aby przeliczyli ludzi, kiedy sama osłabiałam ataki robotów. Teraz już wyszłam im naprzeciw. Przez bardzo malutką słuchawkę mieszczącą się w moim uchu oraz malutki mikroport zamontowany zaraz obok moich ust, wzywałam wojowników miejskich, nową amunicję, bomby i tym podobne sprzęty. Wreszcie około dwudziestu uzbrojonych wojowników wyszło mi na pomoc. Bombami osłabiali roboty, które szybko dopadałam wbijając w ich stalowe żyły środek usypiający. Był tak silny, że dawka mililitra starczała na trzy-cztery roboty, więc szybko poległy wszystkie. Wojownicy poinformowali mnie, że przetransportują większość do większych miast, w których znajdują się bardziej rozwinięte kliniki, zaś do naszej trafią tylko dwa. Dostałam też informację o stanie i liczbie osób, które miałam wcześniej pod opieką. Jeden lekko ranny, jeden zaginiony, reszta cała i zdrowa. Poszukiwania zaginionego będą jednym z moich wieczornych zadań, teraz jednak mogłam już udać się na spoczynek do Bazy. Ach, jak ja kocham ocierać się o śmierć. To takie zabawne.
***
Wreszcie mogłam ściągnąć z ciała gruby kombinezon. Zaraz potem wskoczyłam szybciutko w bryczesy, bo zaraz znowu musiałam lecieć do koni. Tym razem będzie mi towarzyszył Plat, którego zostawię w małym holu przed wejściem na halę. Najpierw jednak musi iść ze mną na padok, aby wziąć konie znowu do boksów. Zabezpieczyłam magazyn, schowałam starannie kombinezon i wzięłam psa na smycz. Po drodze na padok zahaczyłam o stajnię i wzięłam dwa uwiązy, aby jakoś złapać moje dzikie bestie. Kazałam Platowi zostać w stajni, co oczywiście wykonał bez najmniejszego problemu, bo tak podstawowe komendy są mu znane od lat szczenięcych. Wyłączyłam pastuch i otworzyłam go, na co konie podbiegły w moją stronę. To dlatego, że zazwyczaj przy sprowadzaniu z padoku do boksów daję im marchewki, jednak nie dziś. Praca dowódcy, pies, utrzymanie Bazy i dwa konie, nie dają mi niestety nawet czasu na zakupy. Nie licząc oczywiście tych przez Internet. Już miałam przypięte za kantary obydwa wierzchowce, prowadziłam je więc szybkim krokiem do boksów. Zamknęłam najpierw Kompozytora, a z Wind'em weszłam do środka, aby zmienić derkę z padokowej na stajenną i oczywiście ściągnąć ochraniacze. Później poszłam po siodło, czaprak, ogłowie i ochraniacze Kompozytora. Osiodłałam konia, na razie treningowo. Dzisiaj poćwiczymy lekkie skoki, więc siodło do tego przeznaczone po chwili leżało na grzbiecie konia. Po wyczyszczeniu i osiodłaniu skierowaliśmy się w stronę hali wraz z Platinium. Uwiązałam konia z początku wewnątrz hali, aby nie oddalił się zbytnio i zaczęłam ustawiać drągi i cztery przeszkody o wysokości 40 cm. Potem wskoczyłam na Composer'a i ruszyłam dość gwałtownym i niespodziewanym stępem, na co przechyliłam się nieco w tył. Plat został w holu hali, gdzie zapewne spał albo szczekał na kociska, które mają tam swoją kryjówkę. Wykręciłam na początek kilka większych kół, aby Kompozytor powyginał się przed skakaniem przeszkód, przeszłam ostrożnie drągi ustawione na coś pomiędzy kłusem pośrednim, a galopem zebranym. Oczywiście niezbyt zgrabnie udało się je pokonać stępem, koń robił nadprogramowe kroki. Kilka minut później przyszedł czas na kłus. Wówczas robiłam praktycznie to samo co w stępie, próbując trochę ogarnąć pędzącego Kompozytora, który od czasu do czasu brykał mocno wyrzucając zadem. Za każde bryknięcie zostało mu oddane, mianowicie batem w zad. Robił to czysto złośliwie lub z nadmiaru energii, ale nie zamierzam jednak tego tolerować. Koń wojskowy powinien być zrównoważony w każdej sytuacji, czego mu niestety trochę brakowało. Ech... Spróbowałam wydłużyć nieco kroku i najechać na ustawione na jednej z długich ścian ujeżdżalni drągi. Przeszedł je bez problemu, jednak nawet nie próbowałam odciążać go półsiadem, bo to już krótka droga do poniesienia, stracenia kontroli nad wałaszkiem i serii dzikich bryków. Powtórzyłam kilka razy przejazd przez drągi i najechałam kłusem na jedną z przeszkód. Koń zawahał się, ale po upomnieniu batem skoczył jednak przeszkodę. Zaraz po wylądowaniu przeszedł w galop, jakby tylko na to czekał całą jazdę, po czym musiałam przytulić się do jego szczupłej szyi, gdyż postanowił stanąć dęba. Wydarłam się na niego i wlałam, co niestety pogorszyło sytuację. Młody koń zaczął pędzić do przodu, a robił to zdecydowanie złośliwie. Na szczęście udało mi się wysiedzieć do momentu, kiedy jednak udało mi się zatrzymać Kompozytora. Jeszcze raz powtórzyłam galop, tym razem jadąc już kilka przeszkód pod rząd. Oprócz fatalnej do wysiedzenia techniki skoku i ciągłego rozpędzania się konia, było całkiem okej. Poklepałam Kompozytora po szyi, kiedy przeskoczył przez wszystkie przeszkody i przeszłam na moment do stępa. Zsiadłam z niego prowadząc go w ręku na moment, kiedy rozsuwałam odległość drągów na takie do galopu i podnosiłam przeszkody do 70 cm. Wsiadłam jeszcze raz, stępując jeszcze kawałek i powolutku przyłożyłam łydki do galopu. Ożywiony nagle koń posłusznie wykonał zadanie. Pojechałam chwilę po kole, aby go zwolnić, po czym najechałam spokojnie na jedną z przeszkód, trzymając się kurczowo kolanami. Byłam przygotowana na upadek, to zdarza się zbyt często, aby dzisiaj był od tego wyjątek. W trakcie skoku poleciałam nieco na szyję, ale podniosłam się pospiesznie do siodła i jechałam na kolejne przeszkody. Tym razem skoczyłam więcej pod rząd, testując nieco wytrzymałość konia. Co prawda, były to dobre 3 minuty walki o życie, dbanie o to żeby nie spaść i żeby koń się nie zabił z tym swoim szaleńczym tempem. Po ostatniej przeszkodzie byłam bardzo zmęczona, a Kompozytorowi raczej było do śmiechu, bo strzelił tylko baranka i bryknął kilka razy rozpędzając się. Przeszłam więc w półsiad dając mu się wyszaleć przez moment. Kilka minut zajęło, zanim udało mi się znów przejść w stęp i podwyższyć przeszkody do metra, jedną może do metra z kawałkiem. Po dłuższym odpoczynku, ruszyłam galopem ponownie. Najechałam nie dbając już zbytnio o wolniejsze tempo na pierwszą z przeszkód. I był to błąd, bo szczwany Kompozytorek wybił mnie w przód tak mocno, że spadłam na piach. Odruchowo szybko wstałam, ale wiedziałam, że muszę najpierw zastanowić się, czy nic mnie na pewno nie boli. Adrenalina szybko zeszła, uznałam że mogę wsiąść jeszcze raz, więc złapałam konia i spróbowałam ponownie. Tym razem nie popełniłam tego samego błędu i dalej walczyłam z Kompozytorem o wolniejsze tempo. Niezmordowany koń z łatwością wymykał mi się spod kontroli, jednak udało się pokonać parkur, co prawda z jedną zrzutką, ale wyższa przeszkoda pokonana bezbłędnie. Byłam tak wyczerpana, że niemal natychmiast przeszłam do kłusa, aby za szybko nie zwalniać konia, po czym do stępa z luźną wodzą.
***
Ta, jazda konna to moja pasja bez dwóch zdań. Trzeba być przecież zakochanym w koniach po uszy, aby poświęcać się codziennie do tego stopnia, że wstaje się o 6 godzinie, kiedy ludzie z rodziną, pracą i domem wstają dwie lub trzy godziny później. Jednak dla pasji warto się poświęcać, bo są dla mnie w życiu najważniejsze. Leżałam teraz na kanapie w mojej sypialni razem z Platem. Próbowałam coś grać na gitarze, ale palce plątały mi się i dźwięki wychodziły nie do końca czysto. Westchnęłam więc i zagrałam najłatwiejszą z dziecięcych piosenek, której nauczono mnie kiedy jeszcze chodziłam do szkoły muzycznej, jakieś 5 lat temu. Przyśpiewywałam sobie do niej tak od niechcenia, ale jakoś tak wyszło że przestałam bełkotać pod nosem, a raczej zaczęłam śpiewać moim dość czystym altosopranem. Spojrzałam na psa, który położył głowę na moich kolanach, całkiem jakby słuchał jak gram i śpiewam. Uśmiechnęłam się tylko i po zagraniu utworu odłożyłam moją gitarę na jej miejsce, do futerału. Kolejna wachta na dziś dopiero za osiem godzin, a ja już zdążyłam zrobić wszystko co do mnie należy. Wreszcie wstałam o szóstej, więc nie ma co się dziwić, Anabello. Nagle zadzwonił mój telefon. Sięgnęłam po niego na szafkę obok i spojrzałam w ciemny wyświetlacz. Platinium zaczął wyć, jak zazwyczaj kiedy słyszy dźwięk telefonu lub dzwonka. Kazałam mu się więc uciszyć i odebrałam. W słuchawce odezwał się głos uroczego mężczyzny:
- Hejka, Anabello. Będziesz dzisiaj na treningu, prawda?
Uśmiechnęłam się na dźwięk dobrze znanego mi głosu. Był to Alex, mój trener szermierki. Znamy się od kiedy zaczęłam trenować, czyli od kiedy skończyłam piętnaście lat. Alex jest niesamowicie przystojny i inteligentny, a jego każde słowo wywołuje na mojej twarzy dziwny, niespotykany uśmiech. Jest tylko dwa lata starszy. Tak, to jeden z tych, których darzyłam większą sympatią. Niestety, Alex był i jest zajęty od momentu, od którego się poznaliśmy...
- Anabello? - z zamyślenia wyrwał mnie zniecierpliwiony głos.
- Umm...ależ oczywiście, jak zawsze będę, Alexandrze. - zaśmiałam się zwracając się do niego pełnym imieniem. To poniekąd romantyczne, ale na pewno dość słodkie.
- No więc, do zobaczenia za godzinę - odparł wesołym głosem i rozłączył się. Z mojej twarzy nie znikał chory uśmiech. Znów przyjdzie mi zobaczyć najlepsze ciacho na tym świecie, nie licząc może kilku bardzo sławnych celebrytów, ale przecież zdobycie takiego graniczy z cudem. A w przypadku Alex'a, wystarczy, że zerwie z nim dziewczyna i mogę zacząć działać. Ale czy związek trwający już tak długo, jest w stanie rozpaść się, ot tak? Spojrzałam na zegarek poganiając siebie sama. Co włożyć, co włożyć, co włożyyyć... To i tak bez znaczenia, przecież przebieram się i tak w ochraniacze i strój szermierczy. Wzięłam więc pierwszą lepszą bluzę i getry, a po chwili byłam już gotowa do wyjścia. Wyglądałam jak zwykle fatalnie, ale już nic z tym nie mogę zrobić. Przeszłam jakieś 400 metrów do hali, na której odbywały się treningi. Wypożyczyłam strój i przywitałam się z Alexandrem. Jak zwykle był mi zarówno trenerem, jak i przeciwnikiem. Zawsze tłumaczył mi dokładnie co robię źle, często pokazywał w czym tkwi błąd. Praca z nim była wręcz wyśmienita i robiłam dość duże postępy pod jego okiem. Często pojawiały się sytuacje wywołujące śmiech, niekiedy mój trener musiał być nieco chamski i mnie ochrzanić, bo jestem dosyć oporną osobą na wszelkie zmiany stylu walki, a niektóre kroki nadal wychodziły mi fatalnie. Taka szermierka to jednak lata pracy i przegrywanych pojedynków. Alex zawsze daje mi wygrywać, jednak wyjątkiem jest zawsze ostatnia walka na każdych zajęciach. Jeszcze nigdy nie udało mi się go pokonać, gdy nie dawał mi fory tylko dlatego, że jestem kobietą i mam mniej doświadczenia w szermierce. Każdy trening wywoływał uśmiech na mojej twarzy, nie wspominając o radach trenera, które zawsze biorę głęboko do serca. Właściwie jak każde wypowiedziane przez niego słowo...
Ta, jazda konna to moja pasja bez dwóch zdań. Trzeba być przecież zakochanym w koniach po uszy, aby poświęcać się codziennie do tego stopnia, że wstaje się o 6 godzinie, kiedy ludzie z rodziną, pracą i domem wstają dwie lub trzy godziny później. Jednak dla pasji warto się poświęcać, bo są dla mnie w życiu najważniejsze. Leżałam teraz na kanapie w mojej sypialni razem z Platem. Próbowałam coś grać na gitarze, ale palce plątały mi się i dźwięki wychodziły nie do końca czysto. Westchnęłam więc i zagrałam najłatwiejszą z dziecięcych piosenek, której nauczono mnie kiedy jeszcze chodziłam do szkoły muzycznej, jakieś 5 lat temu. Przyśpiewywałam sobie do niej tak od niechcenia, ale jakoś tak wyszło że przestałam bełkotać pod nosem, a raczej zaczęłam śpiewać moim dość czystym altosopranem. Spojrzałam na psa, który położył głowę na moich kolanach, całkiem jakby słuchał jak gram i śpiewam. Uśmiechnęłam się tylko i po zagraniu utworu odłożyłam moją gitarę na jej miejsce, do futerału. Kolejna wachta na dziś dopiero za osiem godzin, a ja już zdążyłam zrobić wszystko co do mnie należy. Wreszcie wstałam o szóstej, więc nie ma co się dziwić, Anabello. Nagle zadzwonił mój telefon. Sięgnęłam po niego na szafkę obok i spojrzałam w ciemny wyświetlacz. Platinium zaczął wyć, jak zazwyczaj kiedy słyszy dźwięk telefonu lub dzwonka. Kazałam mu się więc uciszyć i odebrałam. W słuchawce odezwał się głos uroczego mężczyzny:
- Hejka, Anabello. Będziesz dzisiaj na treningu, prawda?
Uśmiechnęłam się na dźwięk dobrze znanego mi głosu. Był to Alex, mój trener szermierki. Znamy się od kiedy zaczęłam trenować, czyli od kiedy skończyłam piętnaście lat. Alex jest niesamowicie przystojny i inteligentny, a jego każde słowo wywołuje na mojej twarzy dziwny, niespotykany uśmiech. Jest tylko dwa lata starszy. Tak, to jeden z tych, których darzyłam większą sympatią. Niestety, Alex był i jest zajęty od momentu, od którego się poznaliśmy...
- Anabello? - z zamyślenia wyrwał mnie zniecierpliwiony głos.
- Umm...ależ oczywiście, jak zawsze będę, Alexandrze. - zaśmiałam się zwracając się do niego pełnym imieniem. To poniekąd romantyczne, ale na pewno dość słodkie.
- No więc, do zobaczenia za godzinę - odparł wesołym głosem i rozłączył się. Z mojej twarzy nie znikał chory uśmiech. Znów przyjdzie mi zobaczyć najlepsze ciacho na tym świecie, nie licząc może kilku bardzo sławnych celebrytów, ale przecież zdobycie takiego graniczy z cudem. A w przypadku Alex'a, wystarczy, że zerwie z nim dziewczyna i mogę zacząć działać. Ale czy związek trwający już tak długo, jest w stanie rozpaść się, ot tak? Spojrzałam na zegarek poganiając siebie sama. Co włożyć, co włożyć, co włożyyyć... To i tak bez znaczenia, przecież przebieram się i tak w ochraniacze i strój szermierczy. Wzięłam więc pierwszą lepszą bluzę i getry, a po chwili byłam już gotowa do wyjścia. Wyglądałam jak zwykle fatalnie, ale już nic z tym nie mogę zrobić. Przeszłam jakieś 400 metrów do hali, na której odbywały się treningi. Wypożyczyłam strój i przywitałam się z Alexandrem. Jak zwykle był mi zarówno trenerem, jak i przeciwnikiem. Zawsze tłumaczył mi dokładnie co robię źle, często pokazywał w czym tkwi błąd. Praca z nim była wręcz wyśmienita i robiłam dość duże postępy pod jego okiem. Często pojawiały się sytuacje wywołujące śmiech, niekiedy mój trener musiał być nieco chamski i mnie ochrzanić, bo jestem dosyć oporną osobą na wszelkie zmiany stylu walki, a niektóre kroki nadal wychodziły mi fatalnie. Taka szermierka to jednak lata pracy i przegrywanych pojedynków. Alex zawsze daje mi wygrywać, jednak wyjątkiem jest zawsze ostatnia walka na każdych zajęciach. Jeszcze nigdy nie udało mi się go pokonać, gdy nie dawał mi fory tylko dlatego, że jestem kobietą i mam mniej doświadczenia w szermierce. Każdy trening wywoływał uśmiech na mojej twarzy, nie wspominając o radach trenera, które zawsze biorę głęboko do serca. Właściwie jak każde wypowiedziane przez niego słowo...
***
Kiedy wróciłam do domu, miałam jeszcze trochę czasu do drugiej wachty tego dnia. Musiałam za jakieś 4 godziny siodłać konia. Na razie jednak wypuściłam obydwa konie na padok. Najpierw poszłam po derki padokowe, ochraniacze i uwiązy do siodlarni. Dla Wind'a musiałam wziąć jeszcze kaloszki, ponieważ jego kopyta były bardzo delikatne, a on sam na padoku zachowywał się dość nieostrożnie. Weszłam na boksu Kompozytora. Ściągnęłam z niego pierwszą i założyłam drugą derkę. Do tego na nogi ochraniacze. Przygotowywanie Wind'a wyglądało tak samo, tyle że na kopyta miał jeszcze właśnie kaloszki. Upięłam je na uwiązy i ruszyliśmy na padok. Kompozytor wyrywał się co chwilę, chciał przyspieszać i kopał tylną nogą w powietrze, co jest u niego całkiem normalne. Czy ten koń kiedykolwiek jest zmęczony? Mam wrażenie, że to niezmordowany okaz. Po chwili obydwie bestie biegły już swobodnie, ścigając się dzikim galopem. Kompozytor zdecydowanie urodził się nie tej rasy, powinien być anglikiem i ścigać się na torach. Zaśmiałam się na tą myśl i spojrzałam jeszcze na moje urwisy. Wielki, zgrabny Wind miał 180 cm w kłębie, coś koło tego. Zaś wałach, lecący obok jak strzała sięgał może 150 cm z kawałkiem. Brykały wesoło co chwilę, na co mogły sobie pozwolić na padoku, gdzie były niemalże owinięte w folię bąbelkową. Skierowałam się w stronę Bazy, aby pójść szybciutko po Platinium. Musiałam wyjść z nim na spacer do miasta. Założyłam mu kaganiec, ponieważ jako pies obronny miał różne obronne zachowania i nie był do końca przyjazny dla innych ludzi. Kolczatka też się przyda, bo wielki, ciężki pies lubi pociągnąć, a waży nieco więcej ode mnie, więc utrzymać go naprawdę trudno. Przekroczyliśmy furtkę i wyszliśmy na miasto. Ludzie szli raczej dalej od nas, większość z nich bała się Platinium. Spacer po mieście nigdy nie jest tak ciekawy dla psa, jak latanie po 'łące'. To raczej coś na rodzaj dziwnego rodzaju mchu, który przystosował się do życia w podziemiach. Tu ściągnęłam z psa kolczatkę i mógł się chwileczkę wybiegać. No i oczywiście zrobić to co musi. Rzucałam mu kawałek jakiegoś metalu znalezionego w mchu. To mógłby być jakiś lekki, pusty pręt. Szczęśliwy Plat biegał szybko za nim, oddając go za każdym razem i wykonując każdą komendę, którą wykonać potrafił. Nagroda w postaci rzucenia pręta była widocznie dość atrakcyjna, aby być posłusznym. Wróciliśmy do Bazy dopiero po kilku godzinach.
***
Czas osiodłać już Kompozytora, za moment wyjeżdżamy na powierzchnię. Tym razem będziemy tam wraz z ekipą szukać zaginionych osób lub w większości przypadków ich ciał. Ubrałam strój ochronny i zaopatrzyłam się w broń. Dwa karabiny, szabla za pas, jakby co no i oczywiście bomby. W kieszeń wzięłam jeszcze garść dożylnego środku usypiającego, gdyby przyszło co do czego. Wyczyściłam porządnie Kompozytora, po czym założyłam mu wytok, ogłowie z mocniejszym wędzidłem, koc na grzbiet i kulbakę. Kulbaka miała chyba z 50 lat, a należała jeszcze do mojego dziadka. Byłam dowódcą nieco pokoleniowo, to prawda. Dopięłam porządnie popręg, aby przypadkiem nie spaść z siodłem na glebę, już dość, że Kompozytor ma wiele ciekawych pomysłów na zrzucanie jeźdźca... Kiedy był zajeżdżany, musiał przejść przez kontrolę umiejętności, aby dostać specjalny certyfikat, że jest koniem wojskowym. Była próba prędkościowa, wytrzymałościowa i posłuszeństwa. Najgorzej wypadł na tej trzeciej i cudem zdał posłuszeństwo podczas skoku, ale próby wytrzymałościowa i prędkości poszła mu wręcz znakomicie. Nie licząc tego, że był jeszcze nieco młodszy i okropnie niestabilny w galopie, co nie pomagało w utrzymaniu się w wymaganym półsiadzie. Prowadziłam konia w ręku aż do bramy, którą otworzyłam i wyszłam do miasta. Tam zaś wsiadłam na wierzchowca. Ludzie idący po chodnikach patrzyli na mnie z uznaniem, choć niektórzy byli zdziwieni i szeptali coś na mój temat. Nie zważając na ich reagowanie na mnie, starałam się nie podjeżdżać zbyt blisko dzieci, które krzyczały coś w stylu 'ooo, jaki śliczny koniś' i oczywiście biegły za mną pytając o pozwolenie pogłaskania zwierzęcia. Jako dowódca nie mogłam jednak odpowiadać i mierzyłam tylko skupionym wzrokiem w bramę. Moja mina była wyuczona - taka grobowo poważna, przykrywka zirytowania biegającymi wokół mnie dzieciakami. Nie zdawały sobie z tego sprawy, ile kosztuje mnie to, żeby koń szedł tak powoli i spokojnie, nie mówiąc już o tym, że rozpraszały go krzyki. Najchętniej pogalopowałby sobie spokojnie przez miasto, ładując się pod samochody i rozdeptując dzieciaki. Kompozytor rżał od czasu do czasu, widząc idące z ludźmi psy. Zaczynało mu się niezmiernie nudzić, więc ruszyliśmy kłusem. Było już jakieś 100 metrów do żelaznej bramy, prowadzącej na 'powierzchnię'. Nie krzątało się już tu zbyt wielu ludzi, więc mogłam sobie na to pozwolić. Zatrzymałam się przed grupą miejskich żołnierzy, którzy będą mnie wspierać w poszukiwaniach. Zasalutowałam im z okrzykiem, po chwili odpowiedzieli. Można ich nazwać partyzantami, byłam jedyną osobą dosiadającą konia. Konia o wiele trudniej dziś namierzyć, niż samochód, czy inne żelastwo, dlatego jest to środek transportu najbezpieczniejszy, choć nie najszybszy. Ustaliliśmy plan i wyszliśmy na powierzchnię. Każdy miał się rozdzielić, a było nas całkiem sporo, jak na zwykłą akcję poszukiwawczą, bo około 50 osób. Musieliśmy namierzać się specjalnymi urządzeniami w razie czego. Wszyscy właściwie obrali inne kierunki, ja ten najbardziej na południe od miasta. Zaczęłam dość szybko galopować. Ucieszony tym faktem Kompozytor, nakręcał się coraz bardziej, jednak nie przeszkadzało mi to w tropieniu ludzi. Posiadałam też niewielkie urządzenie zwane 'wykrywaczem metalu'. Miało może wielkość paznokcia, a wszyte było w mój kombinezon ochronny. Gdy się je włączy, zaczyna migać i piszczeć cichutko, lecz kiedy w odległości 20 metrów wykryje metal, dokładnie takiego stopu, jaki płynie w żyłach robotów, przestaje migać i cichnie. Wówczas niemalże każdego człowieka zżera strach, także mnie. Niby jestem uzbrojona, ale Kompozytor nie jest. W przypadku ataku robotów muszę wejść z konia, choćby w galopie i dać znać innym, aby wybrali się namierzyć Kompozytora. Na razie jednak poszukujemy ludzi, których na horyzoncie nie widać. Rozglądam się więc intensywniej, próbuję patrzeć na drzewa, w krzaki... Dostałam kilka informacji, że znaleziono jednego rannego człowieka, więc posłałam wybranych żołnierzy na pomoc temu, który odszukał rannego. Po przejechaniu galopem może niecałego kilometra, co dla tego konia jest naprawdę żadną odległością, moim oczom ukazał się okropny widok. Dość świeża, jasnoczerwona plama krwi, której przyczynę powstania widać było gołym okiem. Bomba, jedna z broni robotów. Nagle poczułam okropny smród i zobaczyłam ciało leżące w krzakach. A raczej połowę ciała. Już chciałam wezwać na pomoc żołnierzy, kiedy nagle 'wykrywacz metali' ucichnął. Oł szit. Zeskoczyłam z konia, który zaczął uciekać w kierunku naszego miasta. Wezwałam pomoc, aby szukali mi konia i pomogli w zwalczaniu wrogów, którzy zaczęli na mnie nacierać. Na szczęście tylko trójka. Zaraz zbiegli się w moją stronę żołnierze, może pięciu. Zaczęli celować w roboty karabinami na mój znak. Sama ciskałam w nie bombami, a kiedy jeden leżał, podbiegłam do tej kupy żelaza i wstrzyknęłam w żyłę środek usypiający, na co jego śruby rozluźniły się gwałtownie. Po jakimś czasie mieliśmy ogarniętą sytuację, a na Kompozytorze przygalopował jeden z żołnierzy. Podziękowałam im salutem, wsiadłam na konia i wzięłam dwa roboty na jego grzbiet. Dokładnie przewiesiłam ich żelazne ciała na koniu. Trzeciego żołnierze wzięli gołymi ramionami. Po kilku minutach ciała robotów były przetransportowane już do kliniki, a ja sama wróciłam z żołnierzami w miejsce, gdzie dostrzegłam zwłoki. Ktoś musiał to posprzątać, chociaż nie zapowiadało to się dobrze. Trochę jak puzzle. Okrutna śmierć, swoją drogą, ale dziś to zupełnie normalne, jeżeli zgubisz się na powierzchni, lub zbuntujesz przeciwko osobie, która bierze za ciebie odpowiedzialność na wachcie i nie przyjdziesz do miasta w wyznaczonym czasie. Tak zwana ucieczka od cywilizacji. Zdarza się, że nieuzbrojony człowiek przeżywa na powierzchni, ale bardzo rzadko. Były nawet sytuacje, kiedy to ludzie przedostawali się z miasta do miasta górą. Jednak to tylko szaleńcy, nie zdają sobie sprawy z niebezpieczeństw dzisiejszej powierzchni. Po godzinie jeszcze daremnych poszukiwań zaginionych lub ich ciał, zwołaliśmy już zbiórkę przy bramie naszego miasta. Małe sprawdzanie obecności, stanu zdrowia żołnierzy. Wszystko prawidłowo. Przyszedł czas na małą kontrolę:
- Odnalezieni zdrowi?
- Brak!
- Odnalezieni ranni?
- W liczbie jeden!
- Odnalezione zwłoki?
- W liczbie jeden!
- Świetnie, panowie i panie. Baczność. - wszyscy naprężyli chwilowo ciała - Spocznij. - wykonano - Salut!
Wszyscy udaliśmy się już w bezpieczne podziemia, gdzie czekał nas odpoczynek i wynagrodzenie oczywiście pieniężne, jak przy każdej okazji poszukiwań zaginionych. Pojechałam powolnym stępem z Kompozytorem do Bazy, gdzie szybciutko go rozsiodłałam i dałam koniom jeść.
- Odnalezieni zdrowi?
- Brak!
- Odnalezieni ranni?
- W liczbie jeden!
- Odnalezione zwłoki?
- W liczbie jeden!
- Świetnie, panowie i panie. Baczność. - wszyscy naprężyli chwilowo ciała - Spocznij. - wykonano - Salut!
Wszyscy udaliśmy się już w bezpieczne podziemia, gdzie czekał nas odpoczynek i wynagrodzenie oczywiście pieniężne, jak przy każdej okazji poszukiwań zaginionych. Pojechałam powolnym stępem z Kompozytorem do Bazy, gdzie szybciutko go rozsiodłałam i dałam koniom jeść.
***
Wieczór zapowiadał się niezwykle miło. Nie miałam już nic do roboty, więc słodkie lenistwo ułożyło mnie na kanapie ze szkicami i ołówkiem w dłoni. Uśmiechnęłam się rozmyślając o dzisiejszym dniu, pełnym wyzwań. To właśnie kocham, każdy dzień w moim życiu dowódcy jest inny. Każdy wspaniały na inny sposób. Najlepsze jest jednak to, że pracuję łącząc to z pasją i pomaganiu ludzkości, więc zna mnie praktycznie całe miasto. Niektórzy patrzą na mnie z zazdrością i pogardą, mówiąc że marnuję sobie tylko życie i zdrowie. I oczywiście, że ładuję się w wielkie niebezpieczeństwo chroniąc przed śmiercią tak wiele osób. Inni uważają mnie za dziwaka, bo sami wolą siedzieć przed ekranem cały dzień i zachowywać się, jakby nie działo się nic specjalnego, a wojna ich by nie dotyczyła. Ale jest też grupka ludzi, która szanuje moją osobę, wspiera mnie i wcale nie dziwi się temu, co robię. Tylko szkoda, że jestem tak samotna, zdecydowanie przydałby się ktoś, z kim mogłabym dzielić zadania, Bazę... A najlepiej cała gromada takich pomocników i jednocześnie przyjaciół! Bo co jak co, ale przyjaźni mi w życiu zawsze brakowało. Niby większość ludzi mnie lubi, ale nie mam czasu, aby pogłębiać z kimkolwiek relacje. Nie mam czasu porządnie odpocząć, co dopiero zajmować się innymi ludźmi. A raczej relacjami z innymi ludźmi. Ech... Szkicowanie znudziło mi się już nieco, więc odłożyłam mój rysunek. Przedstawiał różę, taką piękną, ale jej główka schylała się nieco ku dołowi. Mogłoby się zdawać, że to efekt zamierzony, jednakże nie do końca tak było. Pogłaskałam Platinium, który znowu wskoczył mi do łóżka, układając się do spania. Sama byłam ubrana już w piżamę, na mojej twarzy nie było makijażu, a włosy były upięte w kucyk. Nie mogłam nawet popatrzeć w lustro, które wisiało naprzeciwko mnie. Nie cenię swojego wyglądu, mam go szczerze mówiąc dosyć. Gdybym popadła w depresję, w połączeniu z tak niską samooceną, szybko podcięłabym sobie żyły. Jednak mam po co żyć. Aby chronić życie innych. Tylko szkoda, że niekiedy brakuje mi kogoś u boku...